tam i z powrotem
środa, 15 kwietnia 2009
taboru ciąg dalszy

tabor_sequel

ciepłe sierpniowe przedpołudnie. staruszek Głaz w nieskończoność przygrywał tancerzom oberki, tanga, mazury. siedzący na drewnianym krześle Rawski zdawał się znikać w leniwej kontemplacji upływającego czasu. wyrywaliśmy go z niej prosząc o o stare piosenki. partyzanckie, leśne, miejskie. najpiękniejsze były te miłosne. nie, że historie, które każdy słyszał kilkakrotnie, bo każdy śpiewak miał w repertuarze tęskne Maniusie, nieślubne dzieci i Jaśków-morderców. tylko to jak tęskniły tęsknotą życia śpiewaczego scedzoną na tę jedną opowieść, jak te dzieci płakały bólem śpiewaczym z rys i blizn jego, i jakże okrutnie zadawał Jaśko razy tej swojej kochance-z całego życia śpiewaczego razy zadane. i tak w tych dziatkach, kochankach i zabijakach był on-ten, który śpiewa i Ci, co mu kiedyś o tym śpiewali. 

 

p.s. tegoroczny tabor 5 -12 lipca, ponownie w szczebrzeszynie. zapowiada się wyjatkowo, bo z włoskim akcentem. więcej na tyndyryndy.

19:11, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 marca 2009
Młociny-pętla

autobus z pętli miał odjechać za dwadzieścia minut. szczęśliwie przyjechał szybciej, a motorniczy pozostawił drzwi otwarte. wskazówki zegara przesuwały sie okrutnie wolno. powieki opadały bezwiedne, powodując lekki ból głowy. zmęczenie dawało znać o sobie. dziś tu, jutro tam - uśmiechnęłam się i pomyślałam, że trzeba było wejść do kawiarni z kanciatymi stołami z surowej sosny i sącząc ciepłą herbatę próbować skończyć lekturę. strach wziął górę. strach? raczej obawa, że ciało nie wytrzyma, że będę na wpół przytomna wółczyć się po mieście, które po zmroku stawało się miastem cieni, a pstrokacizna założeń architektonicznych odrażała bardziej niż w ciagu dnia. gdyby nie ten lęk nie wiedzieć skąd. /wiadomo, zawsze z głębi czlowieka/ gdyby nie ten dom nocny. łatwiej byłoby sprzedać lodówkę i przytroczyć namiot.

mogłabym sobie obiecać, że gdy tylko skończę, co tu pozaczynałam. gdy tylko zamknę drzwi, które trzeba pozostawić zamknięte, poważaniem cieszyć będzie się wyłącznie chwila. wierność sobie działa u mnie jak dziurawa dętka, a planowanie spontaczności, to semantyczne nieporozumienie. więc co? wiec Herbert, który mi się przejadł, wraca do łask. przez mgłę przebija sie pan-od-myślenia. gdyby jeszcze cudne manowce majaczyły na horyzoncie, a świt pachniał kwiatem jabłoni...

16:15, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 stycznia 2009
*

vienna_16

 

zdjęcia wyszły piekne. z całą pokorą i prawdą. chwile cudowne, niezapomniane. patrząc za się, to o krok odważniejsze przy każdym wyjeździe-jakżeby inaczej.

gdziekolwiek się nie ruszyć, spotyka się Polaków. dlaczego nieznajomy, z którym tanczyłam(prowadziłam) walca to krajan? i dlaczego próbujemy rozmawiać po angielsku?!  i dlaczego kelner we włoskiej restauracji wita mnie po polsku zanim jeszcze otworzę usta.  i "co podać? tylko szybko, szybko decydować!" i te "polska hooligans" w bezpiecznym mieście, gdzie nie piszą po murach.

z całym szcunkiem dla naszej nacji-jestem najpierw człowiekiem, potem Polakiem.

 

podpis do zdjęcia powinien być lekki, płynąć niczym dunajskie fale. ale mi nie poszło-niemoc tfurcza.

 

dopisek marcowy - wyczytane: „Mysle, że nade wszystko powinniśmy być ludźmi, dopiero zaś potem obywatelami” /D.Thoreau/

22:51, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 maja 2008
majówka

piękno tajemniczości drogi polaga na tym, że nigdy nie jest ona tylko tym, co w i między A i B. jest jej wymiar duchowy, który z różną siłą dochodzi do głosu lecz nigdy go nie braknie.

wybralam się przed siebie spontanicznie. z niekompletnym namiotem. z mnóstwem czasu, wiedząc czego chcę. wróciłam ze spojrzeniem, którego nie można się było spodziewać. do góry nogami świat stanął. a mogło być inaczej... jest prawdziwie.

18:02, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2007
a/p scriptum4_1

/ante/ to tu na chodnik spadły okruchy bułki paryskiej. kilka kroków dalej zapytałam o ryby. tam po raz pierwszy tej nocy zobaczyłam jak bardzo zielona jest woda-malachit lukrowany miejskim światłem. głowę Kolumba ciężko było dostrzec w chmurach.Miro spoczywał rozmieniony na drobne cierpliwie znosząc piasek pod podeszwami. w wąskich uliczkach miasto pojawiało się i nikło mrużąc blaszane rolety, to znów rozwierając je szeroko. monochromatyczną ciszę mimów mącili muzycy siedzący na piecykach w kolejnej przecznicy. żebracy otwierając drzwi kościołów uśmiechali sie uniżnie wystawiając papierowy kubek o zwietrzałym zapachu kawy.

/post/ nie dla pytań o sensowność tworzonych zdań, ruchu ręki i planu ma jutro. nie dla pytań o celowość korzystania z koreksu i B3. od dziś 'może' pisać sie będzie jedynie przez er zet.

00:44, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 września 2007
na krużganku3_2

znalezione....

   ...osobno, po jakimś czasie ....ze względu na swoją naturę ...ze względu na bliskość ...przemieszane + zebrane ...przez przypadek ...z braku czegoś lepszego ...gdziekolwiek to jest

19:00, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 lipca 2007
namiot3_1
powinnam się pochwalić, że tkwiłam nieporusznie w namiocie, gdy dziki zwierz szarżował za tropikiem i węszył w przedsionkach. że słyszałam ujadanie psów na polu namiotowym, gdzie nie było nikogo poza śpiącym dozorcą. że w wichurze przestawiałam rozbity zbyt blisko drzewa namiot i, że przywarłam do ziemi, gdy daleko od ideału rozpostarte naciągi wydawały się tracić stabilność. że nade mną nie niebo gwiaździste, tylko burza i wiatr, taki co potrafi łechtać korzenie dębom. mądrzy ludzie twierdzą, że nieprzyjemne wydarzenia pozostają dłużej w pamięci. wspomnają coś o ścieżkach pamięci, neuronach i różnorodności synaps. wychwalają precyzję ludzkiego mózgu i łatwość odszukiwania takich doświadczeń względem tych pozytywnych. spojrzałm dziś wstecz i nie zobaczyłam łuny ponad czarnymi. stały w chronologicznym ogonku za resztą.

to powinna być podróż w głąb siebie. powinnam zapakować łopatkę i wiaderko. i gips na przyszłe formy. powinnam wrócić z innym blaskiem w oczach. nie tylko zarumienioną cerą.

oczekując wielkiego dostałam rzeczy małe. prozaiczne spostrzeżena. i zaczerwieniłam się. zauważyłam małe kroki, nie wielkie cele. czyżby czas na przewroty się skończył?

jestem człowekiem wspaniałych marzeń, odrobinę ponad ziemią zawieszonych planów i drobnych kroków. jestem istotą omyłek, przekornych powrotów i nieustannych początków.
22:19, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 czerwca 2007
kwartał ormiański2_4

nie wyróżniała się spośród wielu mijanych tego dnia. ubiorem, krokiem. może to więcej tkwiło w jej oczach, które teraz mogłam obserwować. przechodnie nie często przyglądają się sobie z taką uwagą. stała prosto poruszając jedynie ustami. ze wzrokiem utkwionym w istotę misternie wypisanej ikony. zarys dłoni rozpływał się przesłonięty światłem świec. wokół panował chłód. nie rozpłynął się w wyziewach trajkotnych przwodników, blasków fleszy, rozgrzanych świeczników. zdawała się  nie zauważać nieustannego gwaru, posuwistości adidasów, przelewania mineralnej w plecakach, szumu przewracanych kart przewodników. ona tam była. a raczej gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi, którzy przygęsili się i  przyparowali, by po raz wtóry ujrzeć krzyże świętego Andrzeja wyrzucane po wielokroć w monotonym zachwycie ku sklepieniom.  była w tym, co nazwali obcowaniem, modlitwą, spotkaniem. tkwiła, stawała się. zanużona w obecność. dłoń dotknęła czoła. kroki znalazły wyjście. światło i ciepło przedarło się w półmrok, by się w nim zatracić.

może było to tylko złudzenie. może cisza i plastik wdzierający się pomiędzy drewno ikon połechtał moją fantazję. a może wreszcie to wszystko prawda... tylko ów mistycyzm był prośbą o szybszy przyjazd strażaków do uwięzionego w konarach wierzby gołębia...

22:44, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 maja 2007
innym aparatem 2_3

wracałam z wieloma zdjęciami. tak bylo dotychczas.

tym razem wyjeżdżając nie byłam przygotowana. nawet trasa zdawała się majaczyć na granicy realizmu i jawy. dałam się prowadzić. spontaniczności? nie, otwartości ludzi i temu co zastane. wyplotłam dni na pajęczynie przygotowanej w kraju. efekt końcowy nader ciekawy. samotna podróż w siebie. podróż milczenia pośród karnych dwójek turystów. krawężnik, pobocze, rzęsy rozwarte.

nie będzie chronologii. dzień zaczynany zachodem słońca można zakończyć jego wschodem.
dobrych zdjęć jest zaledwie kilka. z paru rolek wrzuconych do plecaka. tym razem fotografowałam czym innym. nie żałuję. tego, co na wsztystkich drogach, nie żałuję.
00:00, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 maja 2007
drohobycz 2_2

czytałam. słowa brzmiały pełniej, a opisy stwarzły soczystsze wyobrażenia.

wrócę

 

01:34, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 maja 2007
dom bez niej 2_1

widziałam dom od funadamentu po dach wybudowany ręką mężczyzny. widziłałam dywan rozwinięty siłą tylko jego ramion. widziałam udrapowania firanek na idealnie równoleglych karniszach. sztywność czarnej skóry tapiceki fotela. zimno i bezwyrazistość kredowo-białych ścian. prosty rząd i powtarzalny kąt uchatych kubków na półce. kanciastość czystości stołu. praktycyzm i minimalizm.

ciepło z domieszką strachu o utratę męskiej dumy i wypiętej piersi. to nie było ciepło. to dystans. wołanie o ukojenie w kolorze i ostoi. w gwiazdach i marzeniach, które jednoimienne stały sie szare. wołanie o przebudzenie. wołanie o tę, której tu nie zastałam.

***

nie bez przyczyny jest zawsze dwoje różnych. nie bez powodu mówi sie o wzajemnym uzupełnianu siebie. to nie doklejanie. nie dwie połówki cytryny, przeciwne wiatry, pomarańcz i fiolet. ona jest dana jemu, by w sobie odkrył, czym jest kolor chabrów. on jej, by poznała, czym jest orientacja w terenie. nie wykształcili, nie nabyli. by znaleźli w sobie. by pomogli jedno drugiemu, by już mogli być cali. dzięki sobie i w sobie. dla siebie. 

18:03, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 kwietnia 2007
stara, fińska fotografia:)
10:56, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 stycznia 2007
w nieznane1_5

dotarliśmy do celu. popołudniem dotarliśmy. wystarczyło wyjść, a potem wszystko potoczyło się lepiej niż można oczekiwać. ten dzień dla odmiany był dniem komunikacji. autobusowej i międzyludzkiej.

śmiech, śpiew, sen. życzenia noworoczne pod spadjącymi gwiazdami. te nie kłamane. te wyjątkowe.

nie myśleliśmy o szarości. barwy przyćmiły zdolność percepcji czasu. nie zaprzątały nas sprawy powrotu. tylko przez chwilę pojawiły się sprawy zostawione tam daleko. nie zniknęły-ułożyły się. szczęście. rozmwy do wyczerpania powiek. sen.

o poranku świat był inny. to myśmy go odmienili, czy to ta podróż w nieznane, co stała  się  odkrywaniem siebie?

15:13, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
w nieznane1_4

poranek pachniał jajecznica z serem. ten ser tak na słowo honoru, ale był. potem ustąpił aromtowi kawy, a w zębach znalazł sie ciestny mak i okruchy piernika. rozmowa, plany. niedwuznaczna sesja ze statywem. upychanie do plecaka.

szliśmy między, w pomiędzy, wielkimi stosami głazów poszukując serowych wgłębień-natura i  ząb czasu miały fantazję. cisza przerywana kilkoma trafnymi myślmi. śnieg odbierał język. i droga drogą i polem. na przełaj sadem.  i brama. niewiadome stało się wiadomym. sznurowadła sie miały ku sobie. i ten bezruch energiczny. w milczeniu zawiesiliśmy chwilę. 

potem był powrót i czasu wiele mięło zanim ruszyliśmy dalej. plecaki cięższe o to nowe. nie starczyło miejsca, upakowaliśmy po kieszeniach, zamknęliśmy w  termosie. zostawiliśmy przy kominku. ozłociliśmy dywan i rozpromieniliśmy bagażnik.

 

było zimno. było ciemno. czekaliśmy. przecież teraz już sę wszystko uda. nie musi być kolorowo, to my kryjemy najpiękniejsze z barw w wewnętrznych kieszeniach.

nie było prostych rozwiązań. zdarzają sie pomyłki w sprawach prostych. był spacer krajoznawczy  i adresy wynajdowane jeden po drugim, punkt po punkcie. dowiązywanie kolejnych supłów do  długiej nici noclegów. nie było miejsca. noc mroziła lód uliczny i dodawała mu połysku.

 

wyszło branżowo-szpital. ławka w bocznym korytarzu pomiędzy RTGenem a gabinetem ortopedy. dawno czarna herbata nie smakowała tak dobrze. w obłokach pary zawisały słowa. prosta ludzka życzliwość. po prostu. nie dlaczego. wróciła wiara w to, że wszystko może się udać, w anioły czuwające, w ludzi zwykłych i uśmiechniętych, w brak osamotnienia. w rozgrzanie rąk chłodną nocą.  wiara w ... nie, to nie było tematem naszej podróży.

15:10, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 stycznia 2007
w nieznane 1_3

ten dzień to droga. brud rozjeżdżonego śniegu. szarość. korek na drodze i długie rozmowy z krainy finasów w akompaniamencie ciszy z tyłu auta. ten dzień to spotkanie i spacer w pośpiechu. krótki rzut okiem na starówkę. bez smaku, bez rozkoszy-bez czasu. spacer cieni pod tarnowskimi podcieniami. kluczenie zaułkami. przewodnik czuwa. i droga. i gimnastyka. wspianaczka szoferkowa,  skłony osobowe. i dobroć. i tajemniczość opuszczonych miejsc o zmroku.

wieczór. kawa, ser i ukraińskie łakocie. przyjemność opowieści o nieznanym, dalekim, bliskim. słowa, fotografie, kanapa, walka ze zmęczeniem. słowa, plany, śmiech, pasja. malowanie wyobraźni farbami serca, rozumu i wrażliwości. już czwarta. jeszcze tylko próba dźwięku. próba białych i czarnych klawiszy. jeszcze tylko spojrzenie na kominek. suche drewno bez płonieni. ostatnie spojrzenie.

18:00, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
w nieznane 1_2

szron.światło rozpraszne przez biel. słowa skute lodem. para w zachwycie muskająca wargi. cisza. i nic poza nią. przez mury, kafle dziedzińców, ściany wieczerników i pęknięcia murów skarbców. skrzypią i suną podeszwy. i cisza. myśli zamarzły w podziwe. ręce gorączkowo kostnieją na obiektywach. CHWILA.

on oczekiwał rozmowy. prócz kilku naprędce skleconych zdań ofiarowano mu ciszę. dotarliśmy do grodu królów polskich. kuchennymi drzwiami. od punktów sprzedaży opon i brązowych kikutów zamarźniętych chwastów. dotelepaliśmy sie dawnostoliczną rzeczywistością przez tory, ulice między czeluściami wieżowców i  supermarketów tam, gdzie spędzają turystów- do serca miasta. do kamienic, bruku, podcini. tam, gdzie magicy balansując z metalem na rusztowaniu przygotwywali miejsce dla zgiełku, szampana i konfetti.

ręce grzaliśmy pod drewnianymi kasetonami. przy stole o blacie z drewnianych kafelków, nie od kompletu. sklejonych, obramowanych, przesłoniętych połyskiem. nie było tu ścian. nie było czasu. ciepło szkła i ceramiki otulone słowami. 

śnieg sprawił, że widzielismy drogę mimo późnej pory. widzieliśmy ją  zanim ulica stała się aleją przy wodnej smudze i ścianie drzew. dalej szukaliśmy. dalej było zmęczenie. ostatecznie tabliczka misternie skryta przed wzrokiem. znów ciepło i sucho. kolorowo, anielskopióro...sennie.

17:37, maracayoc , droga
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl